W niedzielę nie o prawie, a o spotkaniu z Mesjaszem

Miejsce akcji: Szpital, recepcja.

Dramatis personae:

– On, Pan lat ok. 55, którego funkcją jest przewożenie pacjentów na wózku do sal zabiegowych (jak się nazywa ta funkcja??) , siwy, z brzuszkiem, taki, którego młodzież ochrzciłaby dziś mianem “Janusza Grubobrzuchego”

– Ona , Pani wiek dalece postbalzakowski, sprzątaczka

Akcja:

On siedzi od dłuższego czasu i nudzi się, czekając zapewne, aż będzie mógł zabrać siedzącego na wózku, cierpiącego pacjenta. Ona zamiata podłogę.

Smutno. Straszno. Beznadzejnie. “Po kątach cisza gra, szkoda słów […] staram się oddychać szeptem”. Stukot klawiszy w recepcji, ściszone (bo RODO!) głosy obsługi.

Strzępy słów…

– …„PESEL?” „Czy choruje Pani na cukrzycę?”

I wtedy:

Ona: Na co czekasz?

On: Na złote runo nicości.

Przestałem oddychać.

Odwróciłem się i popatrzyłem w twarz tego zmęczonego, smutnego, ale jakby wewnętrznie pogodzonego człowieka. Herbert i Jazon oko w oko dotknęli absolutu tam, gdzie życie i śmierć, nadzieja i ból idą ręka w rękę.

„- PESEL?”

„Czy miała Pani zabiegi chirurgiczne…”

Margaritas ante porcos?

Uwielbiam Polskę. Tu możliwe są takie chwile, gdy w szpitalnej poczekalni, a nie w salonie wymądrzających się wykształciuchów, w trzysekundowym dialogu, wśród smutku, beznadziei, bólu, wszechobecnego cierpienia zjawia się  Mesjasz i zamyka cały świat – ten tu i teraz, w pigułce czterech słów. Tak, jakby cofnąć się do chwili Wielkiego Wybuchu i zmieścić całe nasze chwilowe jestestwo w główce szpilki. il messaggero non e importante…

 I to ukłucie…

I tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada czekając na pacjenta:
Innego końca świata nie będzie,