Historia jednego PESEL’a – dramat z dreszczykiem i happy endem

Jeden dzień z życia urzędnika i petenta

O absurdalnej nowelizacji ustawy z dnia 25 września 2015r. o zmianie ustawy o swobodzie działalności gospodarczej, dotyczącej obowiązku uzupełniania numeru PESEL w CEIDG pisałem kilka dni temu

(vide: https://pmkosmeda.pl/nie-masz-numeru-nie-istniejesz/).

Utyskiwania dotyczące konieczności uzupełniania danych, w których organ, urząd jest wszak w posiadaniu, rozważania czy przepis nie narusza przepisów kodeksu postepowania administracyjnego (art. 220 ust. 1 pkt 2 lit a) kpa zgodnie z którym – „organ administracji publicznej nie może żądać oświadczenia na potwierdzenie faktów lub stanu prawnego, jeżeli: 1) znane są one organowi z urzędu;  lub 2) możliwe są do ustalenia przez organ na podstawie posiadanych przez niego ewidencji, rejestrów lub innych danych” – są rozważaniami teoretycznymi.

Jak wygląda praktyka?

Akt I: naiwna wiara

Zgodnie ze znanym powiedzeniem, iż szewc bez butów chodzi, wysłałem w ostatnim dniu dopuszczonym przez ustawę, on-line wniosek o uzupełnienie danych PESEL, aby uniknąć wykreślenia mojej firmy z rejestru. Uzbroiwszy się w cierpliwość udałem się do urzędu, jedynie po to , by podpisać własnoręcznie w obecności urzędnika istniejący wszak już w systemie wniosek. Grzecznie pobrałem numerek, ucieszywszy się i zdziwiwszy się przy tym, że osób w kolejce jest tylko pięć. Pomyślałem, że godzina czasu, jaką przeznaczyłem na wizytę w urzędzie to za dużo i spokojnie zdążę na spotkanie, czekające mnie po spełnieniu niemiłego biurokratycznego obowiązku. Mojego spokoju nie zmąciła nawet konstatacja, że jedynie jedno okienko „działalność gospodarcza” jest otwarte, choć przecież wiadomo, że w tych dniach ten wydział przeżywa oblężenie. W pięciu sąsiednich okienkach przez ok. 15 minut nie zauważyłem żadnego petenta, zatem siedząc na ławeczce obserwowałem znudzone do bólu twarze siedzących tam urzędników. Z wrodzonej chęci optymalizacji i poprawy efektywności zaświtała do głowy myśl, by podejść do informacji i poprosić o przesunięcie bezczynnych, nudzących się osób do działu „ewidencji gospodarczej”, ale szybko przegoniłem bluźnierczy pomysł.

Akt II: bunt aniołów

Z upływem minut w nastrój, niezmąconego początkowo, spokoju, zaczęła wdzierać się obawa. Pierwszy z petentów był obsługiwany ok. 30 minut. Czas płynął. Po ok. 50 minutach, gdy kolejka zmniejszyła się z pięciu do trzech osób – nie wytrzymałem i poszedłem do informacji, zapytując grzecznie, czy mogę otrzymać potwierdzenie, że byłem w urzędzie, czekałem minut 50 i nie zostałem obsłużony, ponieważ jedna osoba w dziale CEIDG nie jest w stanie uporać się z „natłokiem” petentów, a reszta urzędników „nic nie robi”. Te słowa były błędem, obelgą. Pani w okienku informacja, ewidentnie poruszona moją bezczelnością odrzekła, że ci inni urzędnicy pracują, ale są z innego działu i nie mogą wesprzeć CEIDG. Mój argument, że poświadczenie mojej tożsamości na wydrukowanym, istniejącym w systemie wniosku nie wymaga wiedzy specjalistycznej był kolejnym strzałem w stopę. Na szczęście dla mnie, inni oczekujący, znacznie dłużej ode mnie, zachęceni moim przykładem zaczęli podnosić krzyki, agresywnie wyrażając się na temat organizacji pracy szacownego urzędu. Sytuacja zaczynała wymykać się spod kontroli. Kątem oka widziałem ochroniarza zbliżającego się do naszej grupki i poprawiającego na pasku paralizator czy inne narzędzie przemocy.

Akt III: wybawienie

Szczęśliwie, przypadkiem, a może przez kogoś poinformowany, obok naszej grupy wichrzycieli pojawił się kierownik działu CEIDG, któremu musiano wskazać element szczególnie niebezpieczny, tj. moją osobę, bo poprosił mnie na bok i spytał w czym problem. Grzecznie wytłumaczyłem sytuację. Pan poprosił o mój numer NIP. Zasiadł do komputera, sprawdził dane w systemie i odrzekł, że żadnego wniosku nie muszę składać. Co prawda bowiem „Pan nie widzi swojego PESEL’a wpisanego w CEIDG, ale my wprowadzaliśmy zmiany w Pana wpisie w roku 2013 i PESEL uzupełniliśmy. U nas, w systemie, w urzędzie PESEL jest, tylko publicznie go nie widać”.

Odetchnąłem głęboko. Jak dobrze, że w groźnym świecie PESEL’i, ciężkiej pracy urzędników, stachanowskim trudzie ustawodawcy – jak dobrze, że znajdują się jeszcze rycerze na białym koniu, którzy wyratują z opresji, otoczą czułą opieką. Jak to dobrze, że mnie, prawnikowi, któremu naiwnie wydawało się, że CEIDG jest rejestrem publicznym, prawnikowi, który nie poradziłby sobie z należytym wypełnieniem ustawowego obowiązku ktoś wytłumaczył jak należy stosować prawo.

Akt IV: Bluźnierstwa i myśloszlaban

Z uśmiechem dobrze spełnionego obowiązku wyszedłem z urzędu. I nawet nie przyszła mi do głowy myśl ile dóbr mogłaby wyprodukować nasza grupa rozrabiaków przez te niemal półtorej godziny, gdybyśmy nie czekali w kolejce, jak się okazało w moim przypadku – niepotrzebnie. I nawet nie przyszła mi do głowy myśl, że stanowione prawo jest w zasadzie bez znaczenia – prawdziwą siłą jest urzędnicze status quo, którego zmiana jest zadaniem iście herkulesowym.

Skojarzenia ze Stajnią Augiasza są oczywiście kolejną bluźnierczą myślą. Myśloszlaban.

Piotr Michał Kosmęda

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *